poniedziałek, 30 listopada 2015

Grand Prix - Tears & Soul (1988)

Jeśli chodzi o przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Japonia na polu melodyjnego hard rocka w niczym nie ustępowała reszcie świata. Gdy na listach przebojów królowali Bon Jovi i Guns n' Roses, w Kraju Kwitnącej Wiśni rozwijały się kariery takich kapel jak Grand Prix, które stworzyli byli członkowie formacji Make-Up. Gdyby śpiewali po angielsku, z pewnością zawojowaliby zachodnie listy przebojów.

Na swoim debiucie grupa zaprezentowała spójną stylistycznie mieszankę rock n' rolla, bluesa i hard rocka, tak charakterystyczną dla panującej wtedy mody. Często, z uwagi na wygląd muzyków, nazywaną hair metalem, choć z metalem nie miała wiele wspólnego. To solidne, gitarowe granie, skrzące się pomysłami, chwytliwymi melodiami i wpadającymi w ucho refrenami. Twórcy "Tears & Soul" nie próbowali udawać ambitnych eksperymentatorów, dzięki czemu zaprezentowali nam zbiór kapitalnych, imprezowych hitów.

Otwierający album "Rock'n'Roll Worker" początkowo odrzuca syntezatorami, ale chwilę później wprowadza klasyczny hardrockowy riff i panowie już na płycie nie zwalniają. "Dynamite Woman", "Tears & Soul" oraz "Grand Prix's Boogie" to murowane imprezowe petardy, z bujającymi refrenami i rozbudowanymi partiami solowymi. Z kolei charakterystyczną dla tego okresu estetykę power ballad grupa wykorzystuje w przydługawym "Never Lose Your Love" i dosyć miałkim "Weekend Lover". "Bodies" brzmi jak utwór żywcem wyciągnięty z którejś płyty Europe, a "Down" jak nieślubne dziecko Posion. Na uwagę zasługuje także "Mr. Loose Man", z jakiegoś powodu kojarzący mi się z Brucem Springsteenem.

"Tears & Soul" to kolejny przykład na to, że Japończycy w dziedzinie przesterowanego, gitarowego łojenia nie mieli się czego wstydzić. Pierwszy z czterech albumów zespołu sprawił, że Grand Prix na stałe wpisali się do annałów japońskiego rocka, zajmując miejsce na jednej stylistycznej półce z P.A.F., B'z, Make-Up, Grand Slam czy Action!.


Spis utworów:
  1. Rock’N Roll Worker
  2. Dynamite Woman
  3. Tears & Soul
  4. Never Lose Your Love
  5. Weekend Lover
  6. Bodies
  7. Mr.Loose Man
  8. Secret Hurricane
  9. Down
  10. Grand Prix’s Boogie

niedziela, 29 listopada 2015

Happy End - Happy End (1970)

Recenzja drugiego albumu japońskich gigantów folk rocka, grupy Happy End, zapoczątkowała tego bloga. Od jednego z ich utworów zaczerpnąłem także nazwę, co jednoznacznie wskazuje na mój stosunek do Haruomiego Hosono i spółki. Wydany w 1970 r. "Happy End" był swoistym przełomem na rodzącej się w bólach japońskiej scenie psychodelicznego rocka. Zaśpiewany w całości po japońsku, muzycznie w niczym nie ustępujący zachodnim wydawnictwom, do dzisiaj jest przykładem tego, że gitarowe życie lat siedemdziesiątych nie kończyło się na Wielkiej Brytanii i USA.

Stylistycznie "Happy End" niewiele różni się od "Kazemachi Roman". Grupa na obu płytach prezentuje spójną mieszankę rocka, folku, psychodelii i bluesa (choć tego ostatniego zdecydowanie brakuje na debiucie). Kompozycje, nawet gdy oparte na soczystych riffach, utrzymane są w spokojnym tempie - to zdecydowanie album bardziej do słuchania, niż tańczenia. Wbrew pierwszemu wrażeniu nie jest jednak nudny lub jednostajny, o co bardzo łatwo na wydawnictwach wykorzystujących folkową stylistykę.

Otwierający album "Haruyo Koi" to najbardziej gitarowy utwór na płycie - pełen przesterowanych riffów i rozbrzmiewających w tle solówek. Grupa bardzo dobrze radzi sobie z kompozycjami wykorzystującymi gitarę akustyczną, czego przykładem są kapitalna "Asa", folkrockowy hymn "Happy End" i żywcem wyjęte ze ścieżki dźwiękowej jakiegoś filmu "Zoku Happppy Eeeend", będące w zasadzie kontynuacją poprzedniego utworu. Choć nastrój albumu utrzymany jest w spokojniejszej tonacji, przejawy energii pojawiają się w nawiązującym do stylistyki indie "Shin Shin Shin", zadziornym "Kataki—Thanatos o Sōkiseyo!" i klasycznie rockowym "Ayakashi no Dōbutsuen".

Happy End swoim debiutem udowodnili, że w latach rockowego boomu można było grać muzykę na światowym poziomie, bez wyrzekania się rodzimych wpływów. Album ten nie jest może arcydziełem, ale z pewnością bije na głowę większość zachodnich płyt z początku lat siedemdziesiątych, które nie były w stanie wykreować nawet namiastki własnego stylu. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana klasycznego rocka, psychodelii i gitarowego folku.



Spis utworów:
  1. Haruyo Koi
  2. Kakurenbo
  3. Shin Shin Shin
  4. Tobenai Sora
  5. Kataki—Thanatos o Sōkiseyo!
  6. Ayakashi no Dōbutsuen
  7. Juuni Gatsu no Ame no hi
  8. Ira Ira
  9. Asa
  10. Happy End
  11. Zoku Happppy Eeeend

sobota, 28 listopada 2015

Meister - I Met The Music (2004)

Meistera, podobnie jak wiele innych współczesnych zespołów japońskich, poznałem dzięki ścieżce dźwiękowej do anime "Beck". Trudno zresztą przejść obojętnie obok grupy, której utwór został wykorzystany jako ending tej świetnej animacji. Meister to, de facto, solowy projekt byłego już gitarzysty The Brilliant Green - Ryo Matsui. Na "I Met The Music" zaprezentował cały przekrój swoich muzycznych możliwości.

Choć generalnie albumowi można przylepić łatkę alternatywnego rocka, tak trywialne uproszczenie byłoby dla niego krzywdzące. Matsui do współpracy przy płycie zaprosił szereg muzycznych osobliwości (Marka Gardenera, Loza Colberta czy Mandę Rin, a to i tak nie wszyscy!), co tylko wzmocniło i tak szeroki już wachlarz stylów, w jakich porusza się muzyk. Od ciężkiego rocka, przez shoegaze aż po elektro pop - "I Met The Music" jest historią muzycznej działalności gitarzysty i jego macierzystej formacji.

Najlepsze utwory na płycie to zdecydowanie "My World Down" (wspomniany już ending z "Becka"), ascetyczne "I Call You Love" (także z tego anime), imprezowe "Jealousy" i na wskroś gitarowe "Maestro". Muzykom zdecydowanie nie służy za to mariaż z elektroniką, czego przykładem są kiepskie "Orange" oraz "Freedom". Lepiej radzą sobie w stylistyce stricte rockowej, co słychać w niezłych "Red Leaves", "It's My Life" i "Dignity".

Podobnie jak w przypadku płyt The Brilliant Green, "I Met The Music" jest wybuchową mieszanką gatunków, nastrojów i muzycznych inspiracji. To jeden z tych albumów, których nie można słuchać w tle - tylko całkowicie skupiając na nim swoją uwagę odkryjemy wszystkie smaczki, jakie przygotował Ryo Matsui. Polecam gorąco, zwłaszcza miłośnikom rockowej alternatywy.



Spis utworów:
  1. Be Love
  2. Dignity
  3. I Call You Love
  4. I Want You To Show Me
  5. It's My Life
  6. My World Down
  7. Freedom
  8. Jealousy
  9. Whidbey
  10. Maestro
  11. Red Leaves
  12. Kind Of Cold
  13. Morning Sun
  14. Orange

wtorek, 24 listopada 2015

Seatbelts - Cowboy Bebop (1998)

Są takie płyty, które zmieniają życie. Może nie od razu i w niewielkim stopniu, ale po latach dostrzegamy wpływ, jaki na nas wywarły. Moje szczególne albumy to "Jagged Little Pill" Alanis Morissette, "Back in Black" AC/DC i cała ścieżka dźwiękowa do "Cowboy'a Bebopa". Yoko Kanno na potrzeby tej animowanej produkcji zebrała fantastycznych muzyków i stworzyła soundtrack, który broni się sam. Zresztą, Seatbelts to chyba jedyny przykład składu stworzonego na potrzeby anime, który dawał regularne koncerty.

Japonka znana jest z tego, że w nieprzewidywalny sposób łączy najróżniejsze muzyczne gatunki. Jak sugeruje nazwa, w "Cowboy'u" skupiła się na jazzie, choć często porzuca go na rzecz bluesa, folku, rocka, a nawet metalu. Indywidualne umiejętności muzyków Seatbelts sprawiają, że z technicznego punktu widzenia utwory są dosyć mocno rozbudowane i zaawansowane, a na koncertach przeradzają się w prawdziwie kosmiczne jam session.

"Cowboy Bebop" to album głównie jazzowy, o czym świadczy znane chyba wszystkim miłośnikom oldschoolowych anime "Tank!", a także żywiołowe "Rush", nieprzewidywalne "Bad Dog No Biscuits", przywodzący na myśl Różową Panterę "Cat Blues", połamane "Piano Black", dosyć jednostajne "Pot City" czy wyjątkowo taneczne "Too Good Too Bad". W stronę bluesa grupa podróżuje przy "Spokey Dokey" (mój faworyt!), "Digging My Potato" oraz "The Egg and I", w stronę folku w "Space Lion" i "Felt Tip Pen", a popu - "Car 24". Całość uzupełnia nawiązujące do muzyki klasycznej "Waltz of Zizi" oraz największy hit albumu - śpiewane przez Steve'a Conte "Rain".

Choć Seatbelts posiadają w dorobku lepsze płyty niż pierwszy "Cowboy Bebop", już tutaj pokazali swoje kompozycyjno-instrumentalne mistrzostwo. Album jest różnorodny, w stylistyce rzadko wykorzystywanej podczas tworzenia ścieżek dźwiękowych do anime. Elektryzująca mieszanka jazzu, bluesa, rocka i folku po pierwszym przesłuchaniu pozostaje już z człowiekiem na zawsze. Słuchacie tylko na własną odpowiedzialność!


Spis utworów:
  1. Tank!
  2. Rush
  3. Spokey Dokey
  4. Bad Dog No Biscuits
  5. Cat Blues
  6. Cosmos
  7. Space Lion
  8. Waltz for Zizi
  9. Piano Black
  10. Pot City
  11. Too Good Too Bad
  12. Car24
  13. The Egg And I
  14. Felt Tip Pen
  15. Rain
  16. Digging My Potato
  17. Memory

poniedziałek, 23 listopada 2015

P.A.F. - Patent Applied For (1998)

Ze wszystkich solowych dokonań Paty, gitarzysty X-Japan, projekt P.A.F. jest chyba najmniej znany, co uważam za ogromną dziejową niesprawiedliwość. Debiut grupy, która wydała jedynie dwa albumy studyjne i jeden koncertowy, to ścisła czołówka japońskiego rocka wszech czasów. Niestety, "Patent Applied For" można nabyć już tylko na podejrzanych aukcjach na Amazonie - jeśli jednak jakimś cudem będziecie mieli taką możliwość (albo zgłosicie się do mnie, to pożyczę), nie wahajcie się ani chwili!

Styl zespołu, nie licząc lekkich heavymetalowych ciągot, oparty jest w całości na mięsistym, gitarowym hard rocku. Riffy są potężne, przestery dają po uszach, solówki topią twarze, a tętno momentalnie synchronizuje się z sekcją rytmiczną. Taki właśnie jest ten album - nie odkrywa absolutnie niczego nowego, ale najlepiej jak tylko można wykorzystuje sprawdzone kompozycyjne pomysły.

Płytę otwierają dwie petardy, zahaczające o wspominany już metal - "Love & Fate" oraz "Mr. Bomb". Następna w kolejce jest rasowa power ballada "I'm So Blah", której nie powstydziliby się tytani lat dziewięćdziesiątych. Podobnie zresztą jak utrzymanych w takiej samej stylistyce "Forever Young" oraz trochę britpopowego "Bohemian Goes to Urban City". To jednak tylko wyjątki od hardrockowych siekier - wyróżniającego się znakomitym żeńskim wokalem "Dyna-Mighty Rock'n'roller", rozbujanych "Wolf" i "Crazy Rhapsody" czy "Hard On Me", które w niczym nie ustępuje klasykom pokroju "All Right Now" grupy Free. W zasadzie tylko "Charminar Mild", instrumentalne dziwadełko, psuje trochę odbiór albumu.

"Patent Applied For" to w tym momencie moja trzecia ulubiona japońska płyta - zaraz za "Kazemachi Roman" Happy End i soundtrackiem z Cowboy'a Bebopa. Na swoim debiucie P.A.F. zawarli wszystko to, czego oczekuję od muzyki rockowej - przebojowości, wpadających w ucho melodii, idealnie dopracowanych solówek, łatwych do zapamiętania refrenów. Swoim wydawnictwem Japończycy spokojnie mogliby konkurować z Guns n' Roses czy Def Leppard za ich najlepszych lat. Kto wie, ile jeszcze takich perełek czeka na odkrycie w Kraju Kwitnącej Wiśni?


Spis utworów:
  1. Love & Fake
  2. Mr. Bomb
  3. I'm So Blah
  4. Dyna-Mighty Rock'N'Roller
  5. Wolf
  6. Charminar Mild
  7. Break Down
  8. Forever Young
  9. Hard On Me
  10. Bohemian Goes To Urban City
  11. Crazy Rhapsody