środa, 18 listopada 2015

Nicotine - In Punk We Trust (2009)

Niestety, swoją największą popularność kalifornijski punk rock ma już w Polsce za sobą. Grupy w stylu Good Charlotte (przed zmianą w gotów), Blink 182, Sum 41 czy Offspring brylowały w mediach niecałą dekadę temu - teraz pozostało po nich tylko wspomnienie i całkiem liczne grono niszowych naśladowców (w tym moje niedawne odkrycie, świetne Pull The Wire). Trochę inaczej rzecz wygląda w Japonii, gdzie zasłużone formacje do dzisiaj zapełniają sale koncertowe po brzegi. Jedną z największych gwiazd japońskiego, kalifornijskiego punk rocka jest grupa Nicotine - z czternastoma albumami i całkiem dużym sukcesem w USA nie muszą już niczego udowadniać, choć robię to bezustannie.

Zespół często porównywany jest z amerykańską formacją NOFX, łączącą punk rocka ze ska i reggae. Faktycznie, Nicotine podobnie jak ich koledzy zza oceanu nie koncentruje się wyłącznie na gitarowym łupaniu, urozmaicając swoje kompozycje o skoczne rytmy, łagodne melodie i nagłe zmiany tempa. Japończycy rzadziej jednak odchodzą od stricte punkowej stylistyki, przez co do dzisiaj, po dziewiętnastu latach od wydania pierwszej płyty, wciąż brzmią świeżo i bezpretensjonalnie.

"In Punk We Trust" należy do najbardziej punkrockowych albumów Nicotine. Dziewiętnaście znajdujących się na płycie utworów można podzielić na trzy grupy - grzejące, gitarowe siekiery (otwierający "Punker Shot", "Where Is My Shoes", "No Respect" i "Hybrid"); spokojniejsze, melodyjne przyśpiewki ("Don't Dump the Music", "Master A Go-Go") i klasycznie kalifornijskie, punkowe hymny (cała reszta, na czele z kapitalnym "Punk Rock Johnny", wpadającym w ucho "Saturday Night" i rozbujanym "Campus").

Recenzowany album nie należy do największych osiągnięć gatunku, nie zdobył też (i pewnie już nie zdobędzie) szczytów list przebojów. To solidne, gitarowe łupanie, pełne energii, radości z gry i swobodnego podejścia do warstwy lirycznej. Płyta w sam raz na długą trasę samochodem, albo imprezę w gronie znajomych (choć może nie radykalnych metalowców, wiecie o czym mówię).

Spis utworów:
  1. Punker Shot
  2. Saturday Night
  3. Campus
  4. C'est La Vie
  5. Dr. Martens
  6. Where Is My Shoes
  7. Bad Fortune-On The Highway
  8. Crazy Claimers
  9. Don't Dump Your Music
  10. No Respect
  11. Mr. K
  12. LA
  13. Master A Go-Go
  14. Eventide
  15. My Sweet Old Dayz
  16. Hybrid
  17. Holiday 
  18. Punk Rock Johnny
  19. Japanese Wantons

poniedziałek, 16 listopada 2015

Toshi - Mission (1994)

Przy okazji recenzowania debiutanckiego albumu Paty zauważyłem, że solowe dokonania członków X-Japan są dużo lepsze, niż płyty ich macierzystej formacji. Toshi, wokalista japońskiej legendy, także wpisuje się w tę prawidłowość - jego wydawnictwa stanowią skrzącą się pomysłami mieszankę metalu, rocka i ckliwej ballady. "Mission", drugi album w solowym dorobku artysty, należy do jego najlepszych płyt. Co ciekawe, powstał na długo przed pożegnaniem Toshiego z X-Japan.

Jeśli chodzi o muzyczny dorobek, wokalista na tle swoich kolegów z zespołu prezentuje się wyjątkowo okazale. Samych długogrających albumów naliczyłem czternaście, a to przecież tylko mały kawałek jego dyskografii. Przez prawie czterdzieści lat muzycznej aktywności Toshi zwiedził wszystkie chyba gatunki gitarowego grania, a "Mission" przypada na najlepszy dla niego okres. To płyta nierówna, poruszająca się w całkowicie różnych stylistykach, a mimo to fascynująca. Zupełnie inna od miałkiej sieczki, którą słychać chociażby na wydanym dwa lata temu "Cherry Blossom".

Pozostałości heavymetalowego stylu X-Japan słychać w otwierających album "Rusty Eyes" i "Lady", a także motorycznym "Chase of Times". Swoją łagodniejszą stronę muzyk pokazuje w barokowej balladzie "Bless You", klasycznie powerballadowym "Heart of the Back" i osobistym, sentymentalnym "Moonstone". Co jednak dla mnie najważniejsze, na albumie pojawiają się także hardrockowe perełki - bardzo zachodnie "Looming", riffowe "Get-up-and-go" i mój zdecydowany faworyt - zmuszające do tańca "Love Dynamics". Całość zestawienia uzupełnia latynoskie "Intermission" oraz wahające się między soft i hard rockiem "Always".

Z czasem styl Toshiego ulegał degradacji, zmierzając niepokojąco szybko w stronę przyjemnych dla ucha, radiowych pseudoballadek. "Mission" znajduje się jednak w zupełnie innej lidze - to przemyślany, różnorodny album pełen pasji, nagrany z zachowaniem najwyższych rockowych standardów. Chwytliwe melodie, świetne riffy, chórki, wpadające w ucho solówki - na tej płycie jest wszystko, czego potrzebuje miłośnik rocka sprzed dwudziestu, trzydziestu lat.


Spis utworów:
  1. Rusty Eyes
  2. Lady
  3. Bless You
  4. Chase Of Times
  5. Get-up-and-go
  6. Heart Of The Back
  7. Always
  8. Intermission
  9. Love Dynamics
  10. Looming
  11. Moonstone

sobota, 14 listopada 2015

Zadkiel - Hell's Bomber (1986)

Ostatni muzyczny tydzień był wyjątkowo smutny dla fanów grupy Motörhead. Po długiej chorobie zmarł były perkusista zespołu, Phil "Philthy Animal" Taylor, który brał udział w nagraniach największych przebojów macierzystej formacji, z "Ace of Spades" na czele. Żeby uczcić jego pamięć postanowiłem przedstawić Wam epkę dawno zapomnianej japońskiej grupy Zadkiel, która bez problemu mogłaby uchodzić za mroczniejszego brata Lemmy'ego i spółki.

Styl zespołu krąży wokół trash/heavy metalu, choć momentami ociera się także o black metal. Fascynacja tym ostatnim szybko jednak zniknęła, gdy muzycy po rozpadzie Zadkiela założyli trashowe Doom. Cztery niezbyt długie utwory znajdujące się na epce dobrze pokazują, na jakim etapie była japońska scena metalowa w połowie lat osiemdziesiątych - świetne pomysły i umiejętności techniczne sprawiały, że muzyka Japończyków brzmiała świeżo. Niestety, nasi wschodni bracia ciągle próbowali oswoić się z zachodnią, metalową stylistyką, co chyba nigdy całkowicie im się nie udało.

Otwierający zestawienie "Miss Satan" spokojnie mógłby wyjść spod ręki panów z Motörhead, gdyby akurat mieli gorszy dzień i chcieli mocniej niż zwykle wykrzyczeć swoją złość na wszystko dookoła. Energetyzująca sekcja rytmiczna, mocne solówki i zachrypnięty, przepity głos - "Miss Satan" to z pewnością najlepszy utwór na płycie. "Head Raver" i tytułowy "Hell's Bomber" idą już w stronę klasycznego trash metalu, co przejawia się jeszcze bardziej szaloną galopadą w głośnikach. Riffowe "No, It Isn't" trochę zwalnia, ale to wciąż heavymetalowa petarda.

Wielka szkoda, że Zadkiel rozpadł się tak szybko. Chętnie zobaczyłbym, w jakim kierunku ewoluowałby styl grupy (ciężki rock w stylu Motörhead, kojarząca się z Venomem mieszanka trashu i blacku, czy może heavy metal z gatunku Iron Maiden?). "Hell's Bomber" prezentuje ogromny potencjał zespołu, który pod postacią długogrającej płyty mógłby wynieść formację na piedestał japońskiego metalu. A tak, Zadkiel pozostanie jednym z setek zapomnianych zespołów, których czas miał nigdy nie nadejść.

Spis utworów:
  1. Miss Satan
  2. Head Raver
  3. Hell's Bomber
  4. No, It Isn't

poniedziałek, 9 listopada 2015

Yuji Yoshino - Spice and Wolf OST (2008)

Japońscy kompozytorzy posiadają tę niesamowitą umiejętność, że potrafią w sposób twórczy czerpać z cudzych tradycji muzycznych i zmieniać je na swoją modłę. Znakomitym przykładem jest tutaj Yoko Kanno i nieziemski soundtrack do Arjuny, mocno bazujący na indyjskim folklorze. Podobnie rzecz się ma z Yuji Yoshino - jego osadzona w średniowiecznej tradycji ścieżka dźwiękowa do "Spice and Wolf" łączy wszystkie najciekawsze elementy folku z obu stron kulturowej granicy.

Nie będę ukrywał, że "Spice and Wolf" mieści się w piątce moich ulubionych anime. Śliczna animacja połączona z niecodzienną tematyką (średniowieczny handel) i zapadającymi w pamięć bohaterami momentalnie przykuła mnie do ekranu na kilka godzin. Sielanka wsi, pościgi ulicami murowanych miasteczek, finansowa intryga, wstydliwe sekrety, nieodkryte tajemnice - niemal każdy odcinek przynosił zupełnie nowe doznania, które dodatkowo potęgowane były przez dopasowaną do sytuacji muzykę.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że średniowieczna (a mówimy o europejskich Wiekach Średnich) muzyka brzmiała zupełnie inaczej niż to, co zaprezentował nam Yuji Yoshino. Gdybym jednak miał wybierać, właśnie jego kompozycje widziałbym jako nasze muzyczne dziedzictwo. Japończyk korzystając z mieszanki tradycyjnych i współczesnych instrumentów stworzył dzieło pełne pasji i przestrzeni, jednocześnie skrzące się ogromem nienachalnego uroku. Optymistyczne melodie przeplata muzyczną galopadą rodem z filmów sensacyjnych, balansując nieustannie między prostotą i złożonością formy.

Choć opening ("Tabi no Tochuu") i ending ("The Wolf Whistling Song") należą do solidnych przebojów, to właśnie te często niedostrzegane kompozycje tła są świadectwem ogromnego talentu Yuji Yoshino. Każdy utwór na płycie jest odrębną historią, opowiedzianą wyłącznie przy użyciu nut. Nie trzeba znać anime, by docenić magię tej ścieżki dźwiękowej, ale w komplecie stanowią niezapomniane przeżycie, od którego trudno się uwolnić.
Spis utworów:
  1. Shounin to Ookami to, Tabi no Nibasha
  2. Tabi no Tochuu
  3. Tooi Yakusoku wa...
  4. Shippo Dance
  5. Yume no Manimani
  6. Hashiru
  7. Kagen no Tsuki
  8. Tsukiyo no Tategami
  9. Hitoribocchi no Yume
  10. Hikaru Wadachi
  11. Ikoku no Shirabe
  12. Zawazawa Suru
  13. Hajimete no Mura
  14. Nagai Yoru, Hieta Tsuki
  15. Hamu
  16. Yureru Mugi
  17. Michi Naru Mono
  18. Yoake Mae
  19. Kimi no Moto he
  20. Chiisana Tameiki
  21. Kenshi to Yopparai
  22. Tsuyoi Kaze ga Fuite mo
  23. Tadashiki Tenbin
  24. Satoki Hito Tachi
  25. Wasurenaide
  26. Kurai Mori
  27. Matsuri no Uta
  28. Henka
  29. Mada Minu Machi he
  30. Ringo Biyori ~The Wolf Whistling Song TV SIZE
  31. Tabi no Tochuu TV SIZE

piątek, 23 października 2015

Band-Maid - Maid in Japan (2014)

Przez lata byłem uprzedzony do japońskich zespołów, które zamiast na muzykę, stawiały na kreacje sceniczne. Jasne, grupa musi posiadać spójny wizerunek, ale wygląd nigdy nie powinien dominować nad umiejętnościami muzyków. W ostatnim czasie zacząłem rewidować ten pogląd chociażby za sprawą Miyaviego. Swoją cegiełkę do mojego stylistycznego katharsis dokładna także żeńska formacja Band-Maid. Choć wyglądają na kolejny idiotyczny girls band, na scenie (i w studio!) pokazują kapitalną, rockową formę.

Band-Maid jest klasycznym rockowym składem, który zasilają bębny, bas, dwie gitary i wokal. Na "Maid in Japan" prezentuje zbiór energetycznych, rockowych numerów, które nadawać się będą i do radia, i na imprezę. Niestety, choć album trzyma równy poziom powyżej japońskiej średniej, podczas jego słuchania nieustannie towarzyszyło mi wrażenie, że grupa pozwoliła wejść sobie na głowie komuś z wytwórni. W porównaniu z późniejszymi wydawnictwami (singlem "Ai to Jounetsu no Matador" i nadchodzącym albumem "New Beginning"), na debiucie dziewczyny brzmią grzecznie i trochę pretensjonalnie.

Otwierające "Be OK" jest najlepszym przykładem stylu prezentowanego przez grupę: rytmicznego, pełnego werwy, bazującego na powerchordowych riffach. W podobnym klimacie utrzymane są również "EverGreen", "Knockin' on Your Heart" i "Big Dad". Trochę większą różnorodność Band-Maid serwuje w ocierającym się o alternatywę "Key", klasycznie j-rockowym "Bye My Tears" i czerpiącym garściami z kalifornijskiego punk rocka "Yoake Mae". Album zamyka liryczne, najsłabsze w zestawieniu "Forward".

Muzyczna lektura Band-Maid to pozycja obowiązkowa. Jako jeden z nielicznych, promowanych na dużą skalę japońskich girls bandów, posiada znakomite instrumentalistki, które spokojnie mogą stawać w szranki z czołówką męskiego, gitarowego grania. "Maid in Japan" to jednak dopiero przedsmak tego, co czeka nas ze strony tych utalentowanych dziewczyn - pojawiające się ostatnio single sugerują, że styl zespołu będzie ewoluował w stronę hard rocka i heavy metalu. Trzymam za nie kciuki!


Spis utworów:
  1. Be OK
  2. EverGreen
  3. Key
  4. By My Tears
  5. Knock Your Heart
  6. Big Dad
  7. Yoake Mae
  8. Forward